Jakoś tak… cezus czasu odcisnął swoje piętno ostatnio bardziej znacząco niż zazwyczaj. Mam potrzebę zakończenia pisania tu, za duży dywan przeszłości, tkanina, która jest zbyt ciężka, by ją gdziekolwiek powiesić, opasuje wszystkie ściany jak pajęczyna, katy duszy. Więc nie piszę już tu, oficjalnie, finito. Astralny umiera po cichu, niemal samotnie, wraz ze swoimi ideałami, podrygami liryczności, w zakurzonym łózku. Żegnajcie, kochane gwiazdy. Znikam, gdzie indziej. Czasem jeszcze zajrzę, zobaczyć, czy ktoś tu zabłąkał ze starych przyjaciół…
z wieczorku tanecznego w jednej z krakowskich knajp…
- Ciekawe czy marzysz o tym samym co ja…?
-Marzę o tym, by przytulić się do poduszki.
-No widzisz. Tak jak myślałem, marzysz o tym by przytulić się do jaśka…
Wiosenna twarz samotności
Jakoś to do mnie tak dociera mocno ostatnio. Dociera do mnie, jak łaknę tej cholernej czułości i pogłaskania, niczym kot, którego chcę mieć. Chcę dać to, czego pragnę sam. Żeby ktoś podrapał po głowie, przytulił, wbił pazury w naprężone ciało. Miota się wewnętrzne stworzenie w tę i w tamtą stronę. Uwięzione w klatce, której kraty nikną, jak sople skąpane wrzątkiem…
Nie jestem chyba cierpliwy. Wieje ten północny wiatr już tak długo, a ja ciągle czekam, aż coś się wydarzy. Aż Ktoś chwyci za rękę… i przytuli, tak mocno jakby świat miał się za chwilę skończyć. I zostanie.
Tak to już męczy okropnie.
Najgorsze są te chwile, gdy serdeczne palce wplatają się we włosy. Trwa to ledwie kilka sekund. Nawet nie… może sekundę. A tak mocno wypala się w myślach i wspomnieniach. Czy to koleżanka w pracy, czy przyjaciółka w knajpce… Smukłe palce przebijające się przez loki, aby dotknąć na chwilę twardej czaszki pełnej od wirujących myśli.
A są to jednocześnie chwile najlepsze… W ogóle dotknięcia, na które jestem cholerie wyczulony…
Samotność ciężka jest do zniesienia. Samotność nie tylko ciała, ale też serca, duszy, myśli, kiedy człowiek ma wrażenie, że żyje tak totalnie obok wszystkiego, sam we własnym świecie pełnym pustych poranków, kielichów wina wychylanych do monitora (bo lustra są już przeterminowane) tekstów o erotyce pisanych na zamówienie i starych marzeń, rozcieranych w palcach jak pył ze skrzydeł motyla…
Tęsknię do poważnych, głębokich rozmów po gorącej miłości, kiedy ludzie na prawdę się słuchają, bo już nic więcej od siebie nie chcą…
Doła chyba złapałem.
membrana duszy
Ostatnio gdzieś mi się obiło o oczy – piłeś – nie pisz. A jednak napiszę, co tam, to były tylko dwie lampki wina i kubek herbaty. Siedzę sobie teraz samotnie w pokoju na Morsztynowskiej, gdzie ściany nasiąkniete są tyloma chwilami śmiechu i radości, plotek, nowinek, erotyki, troszke szare od zapachu kawy, lekko spękane od smutku i okresowych kłopotów. Siedzę, słucham sobie Yanna Tiersena i rozmyślam. Rozmyślam o tym filtrze w duszy, który się stworzył. Może to dorastanie, może jakaś autoforma obrony – nie da się jednak ukryć, że filtr, membrana, błona, kryształowy pancerzyk – jakkolwiek by tego nie naywać, jest.
Zanurzam się
Jak w tytule, wziąłem głęboki wdech i zanurzyłem się w strumień danych, faktów, dzwonienia, telefonów, kawek z przyjaciółmi, imprez… Rzeczywistość jest pulsująca, gorąca, krwista, znowu czuję, że żyję.
Dawno już nie czułem się taki zaganiany, dawno nie miałem poczucia, że robie coś sensownego, że jestem potrzebny. Wszystko pięknie się układa
W pracy bardzo przyjemna atmosfera – rzucane co po chwila żarty, złośliwostki, cięte riposty i słowne gierki. Oprócz tego dobra muzyka sącząca się miękko z wielkich kolumn i ruchliwa Floriańska za oknem… A w klatce schodowej jest niezwykłe echo – coś fantastycznego, codziennie nucę tam sobie "If I were a richman…"
W drugiej pracy też nie najgorzej – nadal co jakiś czas piszę tam sobie erotyczne opowiadania i jakieś notki z tej dziedziny. Szkoda, że ostatnio to tylko teoria
Zadomowiłem się już w Krakówku – pierwsze pranie za mną, gotowanie, prasowanie koszulek i imprezka, po ktorej o dziewiatej rano dotarłem do domu. Zziębnięty, zmarznięty, pijany i szczęśliwy
Finansowo jest lepiej niż kiedykolwiek – może zacznę oszczędzać na własny pogrzeb…
Przyjaciółka wychodzi za mąż, więc w sierpniu jadę na góralskie wesele – cieszę się strasznie, dawno na weselu nie byłem, a na góralskim nigdy… profilaktycznie zarezerwuję sobie kilka dni wolnych też PO weselu.
W sercu czuję lekkie i rzyjemne powiewy. Zamiast spoglądać na zamknięte drzwi dostrzegam teraz miliardy tych otwartych. Poczucie zmiany, świeżości, jest jak uderzenie słodkim młotkiem w czuly punkt ducha.
A jak się pokopie i pogorszy, posypie i rozwali jak domek z kart, to pewnie napiszę
W każdym razie cudownie jest mieć tę świadomość, że skrzydła całkiem nie uschły i dalej potrafię się kimś zachwycić…
Może te kilka miesięcy spędzonych w samotności i oddaleniu od życia i społeczeństwa (z małymi przerwami) pozwoliły mi docenić i poukładać w sobie nowy porządek.
Sen
Dziś miałem dosyć niezwykły sen, który wyrwał mnie z wewnętrznej przestrzeni do twardej rzeczywistości o 6.30 rano. Sen zaczął się całkiem miło – śniło mi się, że mam magiczną miotłę, na której latam sobie, jak czarownica. Miotła miała z lewej strony gondolę, jak te niemieckie motocykle widziane na starych filmach. W gondoli wiozłem swoje rzeczy, bo przeprowadząłem się do brata Miecia, który mieszkał z Anią na ostatnim piętrze niesamowicie wysokiego wieżowca, do którego dało się dolecieć tylko na miotle. Gdy przybyłem na miejsce i zastukałem w okno, Miecio powiedział, żebym wszedł. A ja w tym momencie uświadomiłem sobie, że jestem chory na grypę i nie chcę ich zarazić. Wsiadłem więc na miotłę i skoczyłem w dół.
Upadek był dłuuugi, a gdy dotknąłem ziemi, miotła zamieniła się w wielbłąda, a okolica okazała się wielką pustynią. Przez wielką mam na myśli na prawdę olbrzymie przestrzenie, zupełnie jak patrzenie na normalną pustynię z perspektywy mrówki. W każdym razie wielbłąd idealnie sobie radził z traktem, gnałem przez wydmy z oszałamiająca prędkością. Przede mną, na lwie, jechała kobieta. Nie znałem jej, ale wiedziałem, że to ktoś szalenie ważny w moim życiu. Jak marzenie, które wciąż ścigam. Między mną a nią był wielki słoń, jak mamuty z dawnych lat.
Wjechaliśmy na wielką nieckę i widziałem, że kobieta dotarła już do drugiego brzegu. Gdy spojrzałem w dół, okazało się, że nie jadę na wielbłądzie, tylko na olbrzymim tygrysie wielkości konia. Przerażony, zeskoczyłem na dół i wylądowałem na tyłku, wycofując się pospiesznie. Tymczasem tygrys pobiegł do przodu, przebiegł pod podbrzuszem słonia, a następnie zawrócił w moją stronę. I biegł, przerażająco szybko, rósł w oczach jak pizza w piekarniku. Wziąłem garść piachu i rzuciłem w bok, chcąc odwrócić jego uwagę. On nie przejął się tym zupełnie, ostatnie co pamiętam przed przenudzeniem, to olbrzymie, żółte zęby i ból odrywanej głowy. I pobudkę w ciszy i ciemności domu nad jeziorem…
Przy kuchennym stole
Siedzimy przy kuchennym stole z Karinką i Tatą. Mały Krzysio gaworzy sobie.
-Ale masz tego potomka – mówi Tato.
-To nie potomek Tatko – odpowiadam. – To po-Darek.
Myślodsiewnia
Rzeczywistość ma wiele barw. Niektóre dni są kolorowe i barwne jak garsć papug na drzewie. Inne są jak nagie gałęzie modrzewi, żywe szkielety bez czarujących kolorów, zamkniete klamrami sekund i godzin. Sekundy, godziny, minuty, tygodnie, miesiące i lata płyną wartką rzeką, ani się człowiek obejrzy, a już się życie kończy.
A ja… coś ostatnio za często się oglądam za siebie, lub tkwię w teraźniejszości, jak ta parująca brązowa psia kupa na białym śniegu.
Do wszystkiego podchodzę z wielkim dystansem i nieufnością, włącznie z sobą samym. Jakoś się trochę pogubiłem, płynę z prądem, celu żadnego większego czy mniejszego nie mając. Dryfuję na tratwie po bezbrzeżnym oceanie. Chlolernie zimno, samotno, słono, mokro, wieje i szarpie. I żadnego ciepłego portu z gorącym grogiem dla zmarznietego serca nigdzie nie ma.
A może tak mi się tylko wydaje, bo tak wygodnie, a w narzekaniu i samoużalaniu się nad sobą jestem całkiem niezły? Nie wiem.
Znowu się czuję jak wielki, gruby pytajnik. Chciałbym usnąć i obudzić się za kilka miesięcy w innym, lepszym świecie.
Czytam sobie książkę Filipa Jose Farmera "Gdzie wasze ciała porzucone" i dziwnie na mnie działa. Dziwnie działa wizja swiata-rzeki, w którym wszyscy ludzie od początku histoiri, z neardentalczykami wlącznie, są wskrzeszeni w jednym, kulturowym, wielomiliardowym tyglu dusz.
Obejrzałem film "Moon", s-f z aspiracją na bioetyczne rozważania o klonowaniu. Kopnął mnie, szarpnął i coś zmienił – te klony… obudziły we mnie taką litość, to mizerne życie tam pokazane, to wykorzystanie, ta kompletna nieetyczność… Dotychczas byłem zwolennikiem klonowania, ale nie sądziłem, że można to w ten sposób wykorzystać. Teraz, po tym filmie, coś zdecydowanie we mnie krzyczy NIE.
A poza tym, fajne sny miałem ostatnio. Śniło mi się, że pojechaliśmy z Bajtem do Rzeszowa oglądać wieżowiec, którego zdjęcie wysłał mi kiedyś Mgab, sprosny i jednoznacznie się kojarzący (wieżowiec, nie Mgab).
I gram w Wowa, zżera mi to najwięcej czasu. I mam pisać artykuł o poczuciu humoru, a jakoś mi to w sumie nie w smak. No ale taka praca.
I blog pracowy już mi się znudził i serca nie mam do niego, pisać piszę, ale nie jest to coś, z czego byłbym zadowolony czy dumny. Taka pisarska prostytucja – doswiadczenie się nabywa, pieniadze z tego na utrzymanie są, jest lekko i przyjemnie ale… coś w człowieku umiera i ginie, wrażliwość, intymność, serce – rzeczy do tej pory najważniejsze. Choć trochę zepsute.
Ehh.
.
.
.